Spacer po Dębinie

W dniu 16.04.2016 r. odbyła się pierwsza w tym roku wycieczka z cyklu „Zwiedzamy Żuławy”. Wydarzeniem inaugurującym nadchodzący sezon był spacer z przewodnikiem po Dębinie.
Zapraszamy do relacji Jarka Borzyszkowskiego, uczestnika wycieczki i sympatyka naszego Stowarzyszenia.


 

Zainteresowanie historią XX wieku, historią II wojny światowej towarzyszy mi od dawna. Wiele przeczytanych książek przybliżyło odległe wydarzenia, ich polityczne tło i znaczenie dla losów Europy. Jednak zawsze pojawia się taki moment, kiedy zdobytą wiedzę, która staje się pasją, należy skonfrontować z rzeczywistością. Poszukać jej materialnych śladów, może nawet świadków.


Gdy około rok temu, trafiłem w Internecie na stronę Stowarzyszenia Kochamy Żuławy, nie miałem żadnych precyzyjnych oczekiwań, związanych z tym, o czym wspomniałem wyżej. Po kilku latach rozwijania innych pasji pomyślałem sobie, że pora spędzać więcej czasu z rodziną. Oferta SKŻ dotycząca wycieczek po bliskiej, już teraz nam, okolicy była strzałem w dziesiątkę. Jednak zebranie się do pierwszego wyjazdu w teren na taki event zajęło troszkę czasu. Ale w końcu udało się! Było to w Nowej Kościelnicy. I co? Hmm… Zabytki żuławskie w postaci starych domów, podcieni i ostatnich wiatraków już zdążyliśmy poznać wcześniej. Bakcyla złapaliśmy! Ale to, co zaskoczyło mnie w czasie tego i innych spotkań to możliwość poznania ich właścicieli i ich historii. Autentycznych, osobistych i niepowtarzalnych. Jednocześnie możliwych do umiejscowienia w szerszym kontekście historycznym. Wejść z ulicy na czyjeś podwórko, wejść do jego domu i wysłuchać opowieści o tym, jak ludzie stawiali tu pierwsze kroki po wojnie na ziemi im nieznanej jest bezcenne. Historia Europy pisana traktatami, wojenną zawieruchą przybiera twarze ostatnich świadków tych wydarzeń lub ich dzieci, które mogą o tym powiedzieć lub pokazać materialne dowody po tych, którzy byli tu przed nami. Od takiego wstępu jest już zdecydowanie łatwiej mówić o menonitach, ludności niemieckiej czy polskiej zamieszkującej te ziemie. Ale nie był bym sobą gdybym znowu nie skorzystał z wiedzy i opisów o tym czasie zawartych w literaturze. Jurgen Thorwald w „Wielkiej ucieczce” czy Marcin Jamkowski w książce „Duchy z głębin Bałtyku” posługują się relacjami ówczesnych ludzi na tyle sugestywnie, że moje wyobrażenie tego czasu musiało zostać wystawione na próbę. Czy słusznie? To się miało okazać wkrótce. Może w Dębinie?

Wieś Dębina leży w gminie Nowy Staw w powiecie malborskim. Rozciągnięta wzdłuż drogi krajowej nr 55 w zasadzie nie zdradza nic szczególnego. Nie widać domów podcieniowych, nie ma kościoła, ulica asfaltowa. Ale od naszego przewodnika, którym tym razem jest pan Marek Kownacki, dowiadujemy się, że pierwsze wzmianki o tym miejscu sięgają 1341r. Dziesięć lat później jest to już wieś założona przez Krzyżaków. Zapewne służyła, jako gospodarstwo aprowizacyjne załodze zamku w Malborku, widocznego doskonale z miejsca zbiórki. Do roku 1945 nosiła nazwę Eichwald. Po tym krótkim wstępie oprowadzający rysuje przed nami plan, który zakłada odwiedzenie trzech gospodarstw wiejskich. Daleko nie trzeba było iść!

W zasadzie tuż za nami, schowany za starym ogrodem, krył się dom, a z nim reszta budynków. Dom niezwykle okazały, dwupiętrowy, kryty dachówką. Dolna część elewacji drewniana w kolorze żółto-piaskowym. W podobnym odcieniu jest elewacja pierwszego piętra, ale o konstrukcji drewniano-ceglanej. Okna z okiennicami płycinowo-ramowymi w kolorze szaro-niebieskim. Wejście główne, od ogrodu, osłonięte gankiem z licznymi zdobieniami w postaci laubzekinów. Drugie, od podwórza, to dość pokaźne, dwuskrzydłowe drzwi, do których prowadzą trzy stopnie. Patrząc na nie z góry kreślą półkole. Ciekawym elementem podwórka przed domem, i nie tylko, jest kamienny bruk. Tak jak przed dziesiątkami lat tak i dziś spełnia funkcję utwardzonej nawierzchni i zapobiega powstawaniu błota przed wejściem. Całości pierwszego wrażenia dopełnia powiewająca biało-czerwona flaga nad wejściem. Chyba tak to wyglądało w 1945r., gdy docierali tu pierwsi osadnicy! Niezwykłe…!

Nasza wycieczka tego dnia była baaaardzo liczna. Na oko osiemdziesiąt osób! Trudno było zebrać się wokół przewodnika. Dlatego po zapoznaniu się z domostwem część osób, w tym ja, rozpoczęło zwiedzanie indywidualnie.

I dało to chwilkę na zastanowienie i analizę tego, co się widzi. A widziało się coś, co na moment potrafiło przytłoczyć. To ogrom tego gospodarstwa! Dom, ogromna stodoła, w której tenże dom mógłby się zmieścić, budynek chlewni i stajni, ceglany budynek gospodarczy, studnia, kilka mniejszych budynków oraz ogród to na pewno powierzchnia większa niż 1ha ziemi. Na środku, i tak wielkiego podwórza, jest jeszcze spore zagłębienie terenu, które wygląda jak zbiornik retencyjny na wodę. Zbieraną z opadów i spływającą z brukowanego podwórza. Zastanawiałem się, stojąc pod domem, czy odległość z tego miejsca do drzwi stodoły na przeciwległym końcu podwórza nie jest czasem większa od dystansu, jaki mam do najbliższego sklepu na osiedlu! Gdy się ogarnąłem okazało się, że jest jeszcze co podziwiać i odkrywać. Od wejścia na podwórze, po lewej stronie, gdzie stoi ceglany budynek stajni, widać żelazne tory. Lekkim łukiem prowadzą one na drugą stronę podwórza w okolice pozostałych budynków gospodarczych. Jeździł po nich zapewne wózek transportowy w czasach, gdy nie było ciągników czy nawet prądu, a koń na podwórzu nie zawsze był dostępny lub użyteczny. A tam gdzie tory się kończą znajduje się inny budynek, którego lewa cześć wygląda na gospodarczą. Ceglana elewacja przyozdobiona elementami starych konnych wozów i stajenne okienka świadczą o tym jednoznacznie. Ale prawa strona budynku wygląda na zamieszkaną! Suszące się pranie i ławeczka podpowiadają, że był to kiedyś budynek zamieszkiwany przez robotników rolnych pracujących w tym gospodarstwie. Tak kiedyś właśnie było. Jeden bogaty gospodarz, nie dałby rady na takim gospodarstwie sam, nawet z najbardziej liczną rodziną. Zatrudnianie ludzi było czymś naturalnym. Jak się okazało teraz gospodarzy tu trzech właścicieli. Są to rodziny panów: Wojciecha Sawickiego, Sylwestra Ostrowskiego i Pawła Kamińskiego.

Po wizycie w gospodarstwie udajemy się do centrum wsi Dębina. Pan Marek, przewodnik, ustala miejsce nieistniejącego cmentarza i mleczarni. Mijamy resztki bramy prowadzącej do nikąd. Ale czymś niezwykłym okazał się jeden z domów. W otynkowanym budynku zachował się ganek, którego elewacja została pokryta drewnianym zdobieniem do złudzenia przypominającym „rybie łuski”. Bardziej kojarzy mi się to z miniaturowym drewnianym gontem. Czyli drewnianą dachówką, którą możemy znaleźć na dachu palczewskiego wiatraka. Ta sztukateria setek identycznych zachodzących na siebie klepek robi wrażenie!

 

Po zrobieniu pętli po wsi wracamy do miejsca zbiórki i wychodzimy polną drogą poza wieś do kolejnego gospodarza, pana Franciszka Ostrowskiego. Tak jak w poprzednim gospodarstwie, tak i tu, dom i budynki pochodzą z drugiej połowy XIX wieku. Pośród pól i starodrzewu, na ceglanym fundamencie, stoi dom o całkowicie drewnianej elewacji. Pomimo upływu czasu zachowało się mnóstwo drewnianych zdobień i detali. Podwórko nieco mniejsze. Za to ilość i różnorodność zgromadzonych w obejściu starych przedmiotów była imponująca. Fotograficzny raj! Poukładane tworzyły swoistą wiejską galerię. Przegląd rzeczy, kiedyś użytkowych, teraz podpowiadających jakieś historie. Choćby dwie takie beczki. Sygnowane datą 1943. Ostatni prawowity właściciel Wehrmacht! Ale to był początek. Otwarta stodoła, prócz tego, co zawsze ma w środku, wyglądała jak zakurzone stoisko jarmarku. Stare meble, na ceglanym klepisku, służyły za oparcie łopatom. Różowy kredens kuchenny wypchany sznurkami, suszonymi kwiatami, pustymi flaszkami, starym młynkiem i krucyfiksem chciał coś „powiedzieć”. Następny budynek gospodarczy posiadał strych. Półmrok, wąskie i strome schody, charakterystyczny zapach i kurz unoszący się w powietrzu. Ogólnie krzątanina wszystkich i „walka” o ujęcie i światło. Na podłodze suszą się kolby kukurydzy do wiosennego wysiewu i włoskie orzechy. Obok stoi już druga maszyna „Singera” w tym gospodarstwie. Ta dla odmiany na obudowie ma piękny i dumny napis „Deutschland”. Powoli strych pustoszeje z turystów. Jeszcze jedno spojrzenie na odgrodzone, puste pomieszczenie. Dwa małe okna wpuszczają skąpe światło. Rejestruję ten dziwny klimat na cyfrowej matrycy. Wychodzi coś, co wygląda jakby to ten budynek obserwował nas w środku i pilnował swoich tajemnic. Gdy wychodzę na zewnątrz jestem prawie ostatni w drodze do następnego obiektu.


Było nim „Rancho w Dębinie”. Gospodarstwo, także agroturystyczne, należące do naszego przewodnika pana Marka Kownackiego i jego żony Joanny. Centralnym obiektem siedliska jest dom z 1857 roku. Oczywiście wielu z nas chętnie skorzystało z zaproszenia gospodarzy do obejrzenia jego wnętrza i poznania jego historii. Od chwili objęcia przez pana Marka gospodarstwa po rodzicach, którzy zamieszkali tu po 1945r., trwa w nim remont i przywracanie go do pełnej funkcjonalności. Oczywiście z zachowaniem jego pierwotnego klimatu. A jest, co pokazywać! Na parterze wyremontowano największy pokój, który od lat był niezamieszkany. Korzystając ze współczesnych materiałów budowlanych, udało się zachować jedną ze ścian w oryginalnym, zdobnym malowaniu. Ze starej i zniszczonej podłogi pozyskano deski, które posłużyły do pokrycia drugiej ściany tworząc bardzo ciekawe wnętrze. Pod oknem pozostało biurko, które wraz z komodą są jedynymi meblami po poprzednich gospodarzach mieszkających tu do początku 1945 roku. Wyjechali oni, według słów pana Marka, bardzo pospiesznie i daleko. Właściciel zatrzymał się aż w Urugwaju i nigdy nie powrócił do Europy. Dlaczego? Kto zna historię, temu wyjaśnienie nie jest potrzebne…

Powoli spacer po Dębinie dobiega końca. Państwo Kownaccy przygotowali dla nas ognisko, przy którym wspólnie piekliśmy kiełbaski. Była swojska drożdżówka od gospodarzy, a potem miły jak zawsze moment podziękowań. Przede wszystkim dla pana Marka! Za czas poświęcony gościom i namówienie swoich sąsiadów do otwarcia swoich prywatnych gospodarstw dla nas. W imieniu zgromadzonych uczyniła to pani Marta Łobocka, ze Stowarzyszenia Kochamy Żuławy, przekazując upominek. Był to fliz z żuławskim motywem wykonany przez „Manufakturę Hersztek”. Potem czas upływał na prywatnych rozmowach. Żuławskie krajobrazy oraz psy, koty i kucyk o wdzięcznym imieniu „Dębinka” zapewniały towarzystwo dzieciom, których też nie brakowało tego dnia. Warto w tym miejscu wspomnieć nie tylko o czworonogach z rancza. Bo towarzyszyły one nam na każdym gospodarstwie. Widać było, że niektóre z nich mają już swoje życie u schyłku. Siwa sierść na pyskach o tym zaświadcza najlepiej. Ale wszystkie odnosiły się życzliwie i przyjaźnie do ludzi. Dobrze traktowane oddają człowiekowi tym samym. Zapewne wszyscy pamiętają wielkiego bernardyna Pioruna, który oprowadzał po podwórku i na strychu turystów i dzieci. Psów na łańcuchach nie było! Czyli można? Można!


I na koniec jeszcze moja własna refleksja dotycząca historii. W już całkiem prywatnej rozmowie z panem Markiem Kownackim, na tematy zwyczajne, codzienne doszliśmy do takiej konkluzji. Że życiorysy ludzi na żuławach to historia emigrantów, którzy co jakiś czas się zmieniają w tym miejscu. Z wyboru własnego lub konieczności. To emigranci stworzyli Żuławy, a ich potomkowie robią to nadal. Zabrzmiało to bardzo współcześnie…
Pozdrowienia dla wszystkich uczestników spaceru i organizatorów! Do następnego spotkania!


Jarek Borzyszkowski

fot. Andy Pol

Autorzy zdjęć z relacji: Jarek Borzyszkowski (w przypadku większości fotografii) oraz SKŻ.


Więcej zdjęć dostępnych tutaj, kliknij: Facebook SKŻ.


 

Organizatorami wydarzenia byli:
Stowarzyszenie „Kochamy Żuławy” oraz Rancho w Dębinie
W wycieczce wzięło udział ponad 80 osób – głównie z Trójmiasta, Elbląga, Malborka i Tczewa oraz okolic. Na spacerze pojawili się również Żuławiacy oraz goście z Warszawy, Zabrza czy nawet Edynburga (Wielka Brytania).

2017  Kochamy Żuławy   globbers joomla templates

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej na temat plików cookies, których używamy i jak je usunąć, zobacz naszą polityke prywatnosci.

EU Cookie Directive Module Information